piątek, 17 Wrzesień, 2021

|
Jak filmowy green screen zmienił się w VR

Chociaż green screen wydaje się standardem w dzisiejszym kinie akcji, to tak naprawdę przechodzi on powoli do lamusa. W najnowszej space operze Disney’a – Mandalorianie – żadna ze scen nie była nakręcona na tle zielonego płótna.

Blue box, chroma key czy właśnie green screen – to wszystko nazwy techniki pozwalającej nałożyć na siebie dwa różne obrazy tworzące złudzenie zarejestrowanych razem. Dzisiaj mamy to w większości blockbusterów, wysokobudżetowych seriali czy oczywiście… w prognozie pogody. Jak rozwijała się ta technologia i w jaką stronę zmierza? Czy filmowcy już zawsze będą skazani na pracę z aktorami, którzy muszą wyobrażać sobie, że patrzą na piękny pejzaż albo rozmawiają z nieistniejącymi stworzeniami?

Czarnobiały black screen

Wszystko zaczęło się pod koniec XIX wieku, kiedy to George Albert Smith wpadł na pomysł wykorzystania czarnego płótna jako tła akcji rejestrowanych na taśmie wydarzeń. Twórca zarejestrował następnie na oddzielnym filmie wysoko kontrastujące, białe elementy i nałożył na siebie obie taśmy. W ten sposób powstał pierwszy green screen, który był… czarny. Z podobnego pomysłu, parę lat później skorzystał Edwin S. Porter w jednym z pierwszych hollywoodzkich hitów. W swoim dwunastominutowym „Napadzie na ekspres” wykorzystał czarne maski blokujące naświetlenie klatki w danym miejscu. Wystarczyło przewinąć taśmę i nagrać materiał jeszcze raz, tym razem naświetlając wyłącznie miejsca wcześniej osłonięte. Reżyser, dzięki pierwszym efektom specjalnym na świecie, pokazał między innymi jadący za oknem budynku pociąg, chociaż materiał nagrywany był w studiu.

Kolejnym kamieniem milowym była maska, która mogła poruszać się razem z kręconym właśnie obiektem. ”Niewidzialny człowiek” to jedna z najbardziej znanych produkcji wykorzystujących ruchomą maskę. Film ten w 1933 roku spowodował istne trzęsienie ziemi, jeśli chodzi o efekty specjalne. James Whale wraz z Arthurem Edesonem nie mieli wielkiego problemu z nagraniem niewidzialnego człowieka, gdy ten był nagi, gorzej, kiedy postać miała być częściowo ubrana. Aktor nagrywał takie sceny osobno, na ciemnym tle, z zakrytymi czarnym materiałem częściami ciała. Po maksymalnym podkręceniu kontrastu autorzy otrzymywali kliszę, która pełniła funkcję podobną do maski z “Napadu na ekspres”, ale poruszała się wraz z obiektem. Po nałożeniu dwóch osobno nakręconych obrazów twórcy otrzymali efekt niewidzialności postaci.

Jak obrazy na szkle

Filmowcy maskowali elementy ujęcia także innymi sposobami – już na początku wieku Edgar Rogers wpadł na pomysł postawienia między kamerą a sceną, szklanej szyby z namalowanymi elementami scenografii czy tła. Wydaje się to tak proste, że aż wręcz prymitywne, ale nic bardziej mylnego. Technika ta była szeroko wykorzystywana przez cały XX wiek przy wielu produkcjach takich jak Ben Hur, Gwiezdne Wojny czy Ucieczka z Nowego Jorku. Niestety ujęcia mogły być wyłącznie statyczne, a do tego szczegółowo dopracowane na długo przed wykonywaniem właściwych zdjęć – przygotowanie plansz było niezwykle pracochłonne i eliminowało możliwość zmiany koncepcji na planie produkcji.

Blue screen i yellow screen

W międzyczasie artyści wraz z technikami wciąż szukali lepszych i wygodniejszych rozwiązań – szczególnie że musieli nadążyć z rozwojem technologii. Wkroczenie filmu w świat koloru wymagał zmiany black screenu wykorzystywanego przy „Invisible man”. Tak powstał blue screen – niebieskie tło, które było najłatwiejsze do odseparowania w przypadku najpopularniejszej (bo jedynej) wtedy technologii Technicolor. Poza tym tonacja niebieska jest najdalszą od naturalnych odcieni skóry człowieka. Sama podstawa sposobu działania blue screenu była bardzo podobna do tej z black screenu. Aktor umieszczany był na niebieskim tle, które dzięki potrójnej taśmie filmowej technologii Technicolor mogło być łatwo odseparowane. „Łatwo” jest oczywiście pojęciem względnym – wymagało to wykorzystania kolejnych procesów chemicznych, które pozwoliłyby na zmaksymalizowanie kontrastu między filmowanym obiektem a tłem, a następnie wykorzystania zmodyfikowanego negatywu jako maski.

Potrójne taśmy RGB wrzucane były do specjalnego urządzenia zwanego optical printer. W nim przebiegał skomplikowany proces nakładania masek obiektu na materiał filmowy tła i odwrotnie, a następnie łączenie taśm. Wymagało to bardzo dużo ręcznej, pracochłonnej pracy, ale w tamtym czasie efekt robił piorunujące wrażenie, dlatego twórca odpowiedzialny za ten wynalazek – Larry Butler – został nagrodzony Oscarem. Następnym kamieniem milowym był disneyowski yellow screen wynaleziony przez jednego z największych ówczesnych innowatorów efektów filmowych – Pedro Vlahosa. Aktor umieszczany był na białym tle, oświetlanym bardzo mocną lampą sodową – żółtym światłem podobnym do tego, które do dziś rzucają na nas nocne latarnie. Dzięki wykorzystaniu kamery zaopatrzonej w specjalny pryzmat wychwytujący wąski przedział fali światła sodowego wynalazek zautomatyzował proces tworzenia maski, a do tego usunął nieprzyjemny niebieski kontur – pozostałość technologii bluescreenowej.

Nagrana w technice yellow screenu Mary Poppins z 1964 roku robi bardzo dobre wrażenie po dziś dzień. Disney przez lata miał monopol na wysoką jakość kluczowania – a to dlatego, że istniała tylko jedna kamera na świecie, która miała potrzebny pryzmat. Obrażone na Disneya inne wytwórnie filmowe wynajęły Pedro Vlahosa, żeby wymyślił inny sposób na nagrywanie maskowanych ujęć w najwyższej jakości. Po miesiącach badań wrócił z blue screenem 2.0, który dawał wyjątkowo dobry efekt, ale w żmudnym procesie obróbki wykorzystywał w sumie 12 taśm filmowych. Mimo to technologia ta cieszyła się popularnością przez kolejne 40 lat. Aż do wkroczenia filmu w świat cyfrowy.

Era cyfrowa w świecie kina

Green screen stał się popularny, gdy okazało się, że wszystko jest łatwiejsze do wykonania na komputerze, a ten zdążył już potanieć. W drugiej połowie lat 90. tło o zielonym kolorze zdominowało świat efektów specjalnych z kilku powodów – głównie dlatego, że barwa ta jest jaśniejsza i łatwiejsza do oświetlenia. Bardzo dobrze współpracuje też z elektroniką. Wykorzystanie cyfrowej postprodukcji dało twórcom nieskończone możliwości w przedstawianiu efektów na ekranie, nie tylko jako tło wydarzeń, ale także jako modyfikacja rekwizytów czy wyglądu aktorów. Założenie technologii polegało na tym samym co black, yellow i blue screen – podmianie w postprodukcji jednego koloru na zestaw innych. Ogromnie przyspieszało pracę, ale miało swoje minusy  – twórcy nie mogli już zmienić ustawienia kamery, mieli też często problem z oświetleniem. Nawet nowoczesny green screen z XXI wieku mógł pozostawiać zielony poblask na rekwizytach i aktorach. Wszystko to wymagało niemałej wyobraźni od reżyserów, operatorów, a także aktorów, których pracę porównać można było do występowania na deskach teatru – bez rzeczywistego otoczenia i często z wyimaginowanymi rekwizytami. 

Wirtualny plan filmowy

Dzisiaj na salony wchodzi nowa technologia, która nazywa się virtual set, czyli wirtualny plan (filmowy). Na większą skalę pierwszy raz wykorzystany został w Avatarze Jamesa Camerona, choć nie w skali całego filmu, a wyłącznie do ujęć tworzonych w stu procentach komputerowo. Aktorzy ubrani byli w kostiumy znane z sesji motion capture, a ich ruchy zapisywane były nie na taśmie filmowej, a jako chmura punktów zmieniająca swoje położenie w przestrzeni. Reżyser wraz z ekipą techniczną jeszcze przez rok po zakończeniu zdjęć z aktorami kręcił sceny, wykorzystując zapisane wcześniej sylwetki i ruchy, zmieniając perspektywę i ujęcia w zależności od potrzeb. Jednak dla Hollywood to było za mało – chociaż w postprodukcji można było zmieniać tła, wygląd postaci, efekty specjalne, pogodę i tak dalej, to jedna rzecz była niemożliwa do zmiany – zapisany ruch aktora. Dlatego twórcy poszli o krok dalej – skoro pozwala na to technologia, to czemu nie nakładać efektów jeszcze na planie filmowym, od razu na monitor reżysera i wizjer kamery? Aktorzy mogliby przecież grać na tle komputerowo generowanych scenografii, przy wszystkich zmianach kreowanych w chwili filmowania – bez potrzeby grzania ogromnej machiny postprodukcyjnej. Pokazali to między innymi twórcy nowych filmów i seriali ze świata Gwiezdnych Wojen – Mandaloriana i Solo: A Star Wars Story. Wykorzystany przy nich Unreal Engine to silnik graficzny odpowiedzialny za generowanie fotorealistycznej scenografii i efektów specjalnych.

Oprogramowanie rodem z gier komputerowych sprawdza się wyśmienicie w kamerze filmowej. Green screen za aktorami zmienił się w ekran projektora, na którym obraz reaguje na ruch kamery i dostosowuje się do niego pod kątem perspektywy, a tło i światło można zmieniać w czasie rzeczywistym. Na tak zwany Project Spotlight składa się parę elementów tworzących immersyjne środowisko. Jest to między innymi wspomniane śledzenie położenia kamery i wykorzystanie efektu paralaksy, czyli zmiany wyglądu wyświetlanych obiektów w zależności od perspektywy. Do tego dochodzi dynamiczna zmiana oświetlenia z zamontowanych na planie lamp i tego rzutowanego przez ekran główny, aktywna zmiana scenografii oraz wbudowane w środowisko wirtualne narzędzia pomiarowe. Wszystkie te elementy koordynowane są przez komputer centralny, którego sterownikiem może być na przykład kamera trzymana przez operatora lub reżysera.

Zdjęcie główne artykułu: Designed by Freepik

Maciej Pilarski
Wielbiciel elektroniki praktycznie w każdej dziedzinie życia. Nie wyobraża sobie samochodu bez kontroli trakcji i nawigacji. Po pracy lubi wybrać się na spacer z aparatem. Jak ma dużo wolnego, to wsiada na motocykl i nagrywa filmy z podróży.

Napisz komentarz